Autor: Przemysław Ziemichód

2017-06-14, Aktualizacja: 2017-06-16 14:21

Zdobywca Mount Everestu: Cisza to niedoceniony luksus

Erling Kagge, pisarz i kolekcjoner sztuki, znany jest przede wszystkim jako podróżnik, alpinista i zdobywca tzw. trzech biegunów (północnego, południowego oraz Mount Everestu). Jego najnowsza książka „Cisza”, to 33 próby odpowiedzenia na pytanie, czym tak naprawdę jest brak dźwięków. I jaką rolę może on pełnić w naszym życiu.

Jego zdaniem cisza jest tylko przyczynkiem do tego, by zajrzeć w głąb siebie, w czasach, w których wszyscy jesteśmy stale podpięci do internetu, przeżywając to, co naukowcy nazywają FOMO, czyli Fear Of Missing Out (obawa przed byciem pominiętym). Kagge jest optymistą. Twierdzi, że w naszym zabieganym świecie jest jeszcze miejsce na refleksję i przeżywanie życia, które przeciwstawia pozbawionej refleksji, zwykłej egzystencji. Podczas jego wizyty w Warszawie rozmawialiśmy o ciszy i potrzebie spoglądania wgłąb siebie.



Proszę pozwolić, że zacznę od pytania o tytuł pańskiej książki. Dlaczego w ogóle potrzebujemy w życiu ciszy?

Potrzebujemy ciszy, ponieważ to tam spotykamy samych siebie. W świecie hałasu i różnych urządzeń elektronicznych jest znacznie łatwiej uciec od samego siebie. Cisza wokół nas jest dobra, ale ta, którą mamy w sobie, jest naprawdę ważna. Dlatego postanowiłem się zastanowić, czym cisza naprawdę jest, gdzie ją znajdziemy i czemu dziś jest jeszcze istotniejsza niż kiedykolwiek. I stworzyłem 33 odpowiedzi.

Tak, trzydzieści trzy, często zupełnie różne odpowiedzi. Jeśli dobrze zrozumiałem pana książkę, sugeruje pan, że z jednej strony nie jest dobrze odwrócić się plecami do nowoczesnego społeczeństwa, z drugiej strony często wspomina pan, że natura może być miejscem do poszukiwania spokoju i inspiracji

Nie każdy może wybrać się w Himalaje w poszukiwaniu spokoju. Musimy nauczyć się odkrywać ciszę w nas samych.
Nie jest to łatwe, ale wiele osób nie docenia swoich możliwości w tym zakresie. Powiedziałbym, że nie chodzi tu o odwrócenie się od życia, bycie egocentrykiem. Raczej o miłość do życia.

W jaki sposób najłatwiej odszukać ciszę w sobie?

Cisza przychodzi, gdy zmywamy naczynia, szydełkujemy, czytamy dobrą książkę. Czasami trzeba po prostu wyłączyć telefon lub zostawić go w domu. Gdy nie jesteśmy cały czas połączeni ze światem, możemy się zrelaksować. Gdy sięgamy po urządzenia elektroniczne, zaczynamy żyć życiem innych.

W książce wspomina pan o czymś, co szczególnie mnie zainteresowało. Cisza, pisze pan, stała się w naszych czasach dobrem luksusowym. Co ma pan na myśli?

Cisza to najbardziej niedoceniony na świecie luksus. Wielu z nas myśląc o luksusie, myśli o plastikowych torebkach od znanych producentów. Ale oczywiście, dana firma może wyprodukować tyle torebek, ile tylko rynek jest wstanie wchłonąć. Dla mnie to nie luksus, to normalny komercyjny produkt. Cisza natomiast jest indywidualna, inna dla każdego. Moja jest inna od pańskiej. Co więcej, jest darmowa i nigdy nie zostanie skomercjalizowana.


© kagge/ousland/storvik



Tak, z jednej strony to luksus, z drugiej jednak potrafię podać wiele przykładów, gdy cisza potrafi być obezwładniająca, przerażająca. To rodzaj ciszy, która rozlega się w samotności, tak jak podczas podróży na biegun chociażby. Jak sobie radzić z taką ciszą?

Cisza potrafi być skomplikowana. Może być przerażająca, ale z tego wynika jej piękno. Przez pierwsze 5 minut ciężko się przystosować. Po krótkiej chwili zaczynasz się relaksować, myśleć, zwracać ku sobie. Cisza pozwala się zatrzymać i zastanowić nad tym, co robimy.

Gdy podróżował pan samotnie przez biegun, co przychodziło panu do głowy podczas tej ciszy?

Moim zdaniem, wszyscy jesteśmy podróżnikami. To nasz naturalny stan. Gdy zostajesz sam z naturą, uświadamiasz sobie, ile energii, mocy w niej drzemie.
Zaczyna się rozumieć ogrom świata. To budzi respekt wobec natury. Z drugiej strony zdajesz sobie sprawę, że jesteś częścią tej natury.

Zmieniając trochę temat, po czym poznaje się, że doszliśmy do centrum bieguna?

Gdy stoimy na biegunie, słońce pada pod tym samym kątem przez 24 godziny. Bieguny to jedyne miejsce na ziemi, gdzie tak się dzieje. Dziś, oczywiście mamy urządzenia takie jak GPS, które mogą to potwierdzić.

Co można robić w trakcie wyprawy na biegun, by nie umrzeć z nudów? (śmiech) Pisze pan w jednym z rozdziałów, że sama wyprawa jest bardzo prosta. Wystarczy stawiać jedną stopę przed drugą. Problemem jest psychika.

Czasami musisz po prostu usiąść na chwilę, poczekać, aż wszystkie dźwięki z twojej głowy stopniowo poznikają. Nie twierdzę, że jest to łatwe, ale życie nie powinno być łatwe. Podróże nauczyły mnie, że większość z nas nie docenia własnych możliwości.

Cisza na biegunie różni się od tej, której doświadczamy np. na Mount Evereście?

Prawdę mówiąc, tak. Na Evereście cały czas wiele wiatr. Ciężko zresztą osiągnąć całkowitą ciszę. Zawsze słyszysz jakiś dźwięk. Nie sądzę, by miejsce całkowitej ciszy w ogóle istniało.


© Simon Skredderness



Spróbujmy wybiec w przyszłość. Myśli pan, że poszukiwanie ciszy będzie coraz cięższe w dobie smartfonów?

Wydaje mi się, że będzie to coraz cięższe. Ale jestem optymistą. Jako ludzie potrafimy się dostosować do otaczających warunków. Musimy mimo wszystko uważać. Mówi się, że cisza potrafi być nieprzyjemna, ale naprawdę niekomfortowe jest sprawdzanie telefonu przez cały czas, sprawdzanie poczty elektronicznej bez przerwy. To trochę niebezpieczne, bo tracimy to, co w życiu najlepsze.

Rozmawiał Przemysław Ziemichód, dziennikarz warszawa.naszemiasto.pl
Zdjęcie główne: Simon Skredderness

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!

Autor: Mariola Szczyrba

2017-06-16, Aktualizacja: 2017-06-20 12:36

Owsiak: Będziemy na Woodstocku razem. To wielka rzecz!

- To nie Wielka Orkiestra jest nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla, tylko Polska - mówi Jerzy Owsiak, szef WOŚP. Rozmawialiśmy z nim o Maryli Rodowicz zaproszonej na Przystanek Woodstock, bezpieczeństwie na festiwalu i o tym, jak publika śpiewała "Łubu dubu..." mdlejącemu na scenie Lechowi Wałęsie. Portal naszemiasto.pl jest patronem medialnym Przystanku Woodstock.

ZOBACZ: Woodstock 2017. Kto zagra na Przystanku Woodstock [program, zespoły]

Zaprosiłeś na Przystanek Woodstock Marylę Rodowicz, która odwołała swój jubileuszowy koncert na festiwalu w Opolu. Zagra w tym roku w Kostrzynie nad Odrą?

Chciałbym, żeby Maryla Rodowicz wystąpiła na Przystanku Woodstock, bo to idealne miejsce - abstrahując od tego wszystkiego, co się ostatnio wokół niej wydarzyło - żeby realizować takie projekty. Wśród kilku różnych scen mamy tę niebywałą, Akademię Sztuk Przepięknych, z wielkim namiotem na kilka tysięcy osób. I dla nich już od kilku lat szykujemy coś specjalnego, robimy koncerty nocne albo takie, które otwierają Woodstock. To tam Kasia Kowalska, Urszula czy Wojtek Pawlik robili rzeczy niezwykłe. To koncerty, na które wszyscy się schodzą, oblegają namiot i pobliski teren z telebimem. Nieraz spadnie deszcz, nieraz towarzyszy tym koncertom świergot ptaków i przyroda ma swój głos. To idealne miejsce, żeby połączyć to, z czego polska muzyka się składa. A ona składa się z popu, reggae, rocka, jazzu... To wszystko w nas jest, przynajmniej we mnie. Zawsze chcę działać także edukacyjnie, żeby ludzie mogli przyjść i posłuchać np. Budki Suflera. Ale nie z ich popowego okresu, tylko z tego, z czego wyrośli, czyli albumu "Cień wielkiej góry". Ich koncert na Woodstocku okazał się wielkim sukcesem.



To prawda, publika oszalała.

Ten koncert był przepiękny, wzruszający. W związku z tym, kiedy jest podszept: "A może by tak Marylę zaprosić na Przystanek Woodstock?", to odpowiadam: "A dlaczego nie?!" Milion osób weszło na mojego Facebooka, gdzie zamieściłem tę informację i gros z nich napisało: "Jurek, super! Fantastycznie!" Na tym to wszystko polega. "Pójdziemy albo trząść głowami na koncercie zespołu The Qemists pod Dużą Sceną, albo na ASP, żeby zaśpiewać wszystkie kawałki Maryli.

Ona jest też bardzo ważnym elementem dyskusji o artystach, bo Maryla nie pisze tekstów, nie tworzy muzyki, żyje z tego, co zaśpiewa. Artyści, którzy sami tworzą, mają jeszcze ZAiKS, inne pieniądze. Maryla po prostu wykonuje swój zawód. Nie miejmy zatem pretensji, że w innych czasach ten zawód wykonywała i po dziś dzień jest w mediach. Jeśli ktoś krytykuje, że Maryla Rodowicz jest głosem przeszłości, głosem PRL-u, to poproszę tych wszystkich, żeby oddali swoje dyplomy, które zrobili w tamtych czasach i odświeżyli swoją wiedzę na nowych zasadach, idąc na egzamin. Uważam, że zapraszając Marylę, budujemy historię.

Maryla Rodowicz jest już legendą. Można ją lubić albo nie, ale tego się nie zmieni.

Ona jest ikoną, ale została wplątana w sytuację, do której było jej daleko. I myślę, że 99 proc. artystów, związanych także z Opolem, wykonuje po prostu swój zawód. Możemy ich słuchać albo nie. Nagle zostali wplątani w bardzo niekomfortową sytuację, która jest budowana przez Telewizję Polską w sposób karczemny, urągający wszelkim zasadom. Tak się nie tworzy telewizji! Przy okazji chciałem ci coś pokazać...

Opłatę za abonament?

Tak, to, co trzymam w ręku, to opłata za abonament. Płacę go od lat. Żona mówi mi w domu: "Chcesz zapłacić abonament? Przecież nikt nie płaci!" "Dzidzia, zapłacimy - odpowiadam. - Po to, aby mieć prawo, żeby na ten temat mówić". I właśnie teraz mam prawo mówić, że to nie pan prezes aktualny tworzy telewizję publiczną, tworzymy ją my wszyscy, podatnicy, bo to jest z moich pieniędzy, tych konkretnych.
W związku z tym telewizja publiczna, narodowa - jakby się ona nie nazywała - sama przez się mówi o tym: "podyskutujmy, kto ma jakie prawa". Pan prezes uzurpował sobie prawo do tego, że wyjedzie z Opolem do Kielc. Już sama składnia tego wszystkiego jest abstrakcyjna. Jest motywem dla wszystkich kabaretów w Polsce. I będzie jeszcze długo.


© BARTEK SYTA / POLSKA PRESS



Nawiązując do tego zamieszania z festiwalem w Opolu, czy jest jakiś artysta, któremu Ty byś odmówił występu na Przystanku Woodstock? Albo którego za nic w świecie byś nie zaprosił?

Są oczywiście artyści, których nie lubię i ci, których lubię bardziej, ale nie zdarzyło się nigdy, żeby ktoś do nas zatelefonował z pytaniem o to, czy mógłby zagrać i padłaby kategoryczna odpowiedź: "Nie zagrasz, bo ja cię nie lubię". Wydaje mi się, że artyści, którzy czują, że Przystanek Woodstock to jest dla nich inna bajka, jakby się też nie wychylają. Zdarzyło się natomiast, że kilku artystów, których mogę policzyć na palcach jednej ręki, zrezygnowało z występu na Woodstocku, mimo że byli wcześniej zaproszeni. Nie uwierzyli, że ta godzina koncertu, którą im proponujemy, jest godziną dobrą. Na Woodstocku trudno określić, że są jakieś godziny "do pożarcia". Woodstock żyje swoim własnym rytmem, a muzyka broni się w każdej sytuacji.

Czyli jesteś otwarty?

Nigdy nie byłem zamknięty na innych. Wręcz przeciwnie, kiedyś np. wydawało mi się, że techno czy rap to jest muzyka, która nie ma swojego miejsca na Przystanku. Nie to, że jej nie chcę, ale że publika nie będzie tego tolerowała. Okazało się, że hip-hop "wjechał" fantastycznie. Grubson, Łona i Weber - to były koncerty, które wynikły z podszeptów moich współpracowników. Pracuję z młodymi ludźmi, to oni podrzucają mi różne rzeczy i mówią: "Wysłuchaj tego". Weźmy chociażby Domowe Melodie. To jest muzyka do klubów studenckich, a oni będą grali w tym roku na Dużej Scenie. I to jest moja petarda w ich stronę. To zespół, który ma swój styl i bardzo to szanuję. Zgodzili się, że zrobimy wielki koncert i wydamy z tego płytę. Innym razem ktoś podszepnął: "To zróbmy koncert z pieśniami Kiepury". I to też był sukces. Graliśmy też "Bolero" Ravela, muzycy z Filharmonii Wrocławskiej wykonali je na Przystanku.

Był też niezwykły koncert zespołu Mazowsze z Gooralem.

Tak, miałem łzy w oczach, bo widziałem, jak ludzie ze świata patrzyli na to, co dzieje się na scenie. Na te kolory. Powtórzę: nie jestem zamknięty. Wysłałem zaproszenia do ASP do osób, które krytykują mnie lub Orkiestrę, ale pozostały bez odpowiedzi. Ci, którzy nie mogą przyjechać, odpisują mi: "Mam inne plany, przepraszam". A ci nic. Ja mam do publiczności Przystanku Woodstock 100 proc. zaufania. Ci ludzi nie zrobią nikomu krzywdy, nawet tym, którzy nas krytykują.


© MARIUSZ KAPALA / GAZETA LUBUSKA



Z Pawłem Kukizem ostatnio Ci nie po drodze, ale wspominałeś, że w tym roku na Woodstocku będzie Liroy.

Liroy już raz przemknął przez Woodstock i był pod ogromnym wrażeniem, krzyczał: "Yeee, jestem na Przystanku Woodstock!" Był z zespołem Hope, który gra bardzo energetyczny hip-hop. I tam w numerze "Skaczcie do góry jak kangury" wystąpił właśnie Liroy. Tym razem na swój woodstockowy koncert zaprosił go Urbaniak do projektu Urbanator, gdzie wystąpi ze swoim brytyjsko-amerykańskim składem. A tak swoją drogą, niesamowite koło życiowe się zamyka, bo pamiętam, jak w latach 70. byłem na koncercie Michała Urbaniaka w Filharmonii Warszawskiej, z czego wydano nawet płytę. I mój kolega był uczestnikiem tej płyty, bo gwizdnął. I jest na tej płycie. A ja siedziałem obok niego! Skład był niesamowity: Urbaniak, Urszula Dudziak, Stańko. Ten jazz w filharmonii przeszedł do historii. Wtedy, będąc młodym gościem, nawet nie byłbym sobie w stanie wyobrazić, że kiedyś będę mógł zaprosić Urbaniaka na nasz festiwal, jeden z największych na świecie. Publika uwielbia takie projekty.

Słyszałam Twoją rozmowę w radiu z Moniką Olejnik, w której zaprosiłeś na Woodstock nawet posłankę Pawłowicz, która stwierdziła, że lewacko indoktrynujesz młodzież, a Przystanek to "polityczno-ideologiczny spęd".

Mówić można cokolwiek, ale to czas najlepiej pokazuje, w którym miejscu jesteśmy. Gdyby Orkiestra grała źle, to ludzie nie braliby w niej udziału. A nagle okazuje się, że zbieramy 105 milionów - sumę astronomiczną! Pamiętajmy, że wielu młodych ludzi przyjeżdżających na Woodstock ma bardzo dobre kontakty z rodzicami. To nie jest jedna, wielka, zbuntowana część polskiej młodzieży, która nie słucha rodziców i jedzie sobie na Przystanek. Wręcz przeciwnie. Kiedy nam nasz festiwalowy sponsor dał za darmo rozmowy, to szybko wymyśliliśmy akcję "Dzwoń do domu", powiedz, jak się czujesz. Ludzi przyjeżdża coraz więcej. W zeszłym roku był deszcz, festiwal został uznany za imprezę podwyższonego ryzyka, a decyzja urzędników o tym spadła na nas jak grom z jasnego nieba.

Czasy są niebezpieczne, a wielu rodziców boi się wysłać swoje dzieci na tak dużą imprezę. Co im mówisz?

To jest myślenie wielu osób, a jednak Woodstock ciągle się udaje. Niebezpieczeństwo nie musi przyjść od samych uczestników, co widzimy na świecie, może przyjść z zewnątrz. To jest bardzo trudny dylemat dla wszystkich, którzy żyją normalnym życiem. Burmistrz Manchesteru czy premier Wielkiej Brytanii podkreślają przy każdej okazji: "Nie dajmy się podzielić!" "Nie zamkniemy się w domach, choć ktoś chciałby, żeby tak było". "Musimy współpracować, zrobić wszystko, żebyśmy byli bezpieczni". I to robimy na Przystanku Woodstock.
Kiedyś mówiliśmy: "Jeżeli rodzice boją się Ciebie wypuścić z domu, to weź ich ze sobą, pojedźcie razem". Dzisiaj to "razem" daje zupełnie inny komunikat.



© Igor Kohutnicki/ mat. pras. WOŚP

Pokojowy Patrol na Przystanku Woodstock

My tak samo patrzymy na woodstockowiczów jak oni. Ja też jestem rodzicem, dziadkiem. Warto podkreślić, że to nie jest festiwal, za który nam ktoś płaci. To nie jest praca, którą muszę wykonać. Nie mówię: "Proszę państwa, ja tutaj przyjadę, ale tu musi być bezpiecznie. Ja za to nie odpowiadam". Nie, ja za to odpowiadam! To jestem ja - Jurek Owsiak, to jest nasza ekipa. W związku z czym co roku mamy sytuacje, które trzeba nagle rozwiązać. Od tych naturalnych, gdy np. dostajemy komunikat, że zbliża się niesamowita wichura i musimy poprosić ludzi, żeby opuścili wszystkie duże namioty. To jest także to, żeby nauczyć się, co robić, kiedy się coś dzieje. I my się uczymy cały czas. Ludzie, którzy pilnują Woodstocku, zwłaszcza Pokojowy Patrol, te czerwone koszulki, to nie jest zlot fanów festiwalu, którzy przyjeżdżają do Kostrzyna dzień przed imprezą. To są ludzie świetnie przeszkoleni, którzy skończyli 72-godzinne kursy u nas w Szadowie. Przyjechali na nie Amerykanie i powiedzieli: "Słuchajcie, oceniamy Was na pięć z plusem. Powinniście szkolić według tego systemu ludzi na całym świecie".

Byłam kilka razy na Woodstocku i nigdy nie widziałam jakiejś niebezpiecznej sytuacji. Rozumiem jednak tych, którzy mają wątpliwości.

No właśnie. Byłaś i wiesz, że to jest społeczeństwo obywatelskie. To społeczeństwo obywatelskie pozwoliło w Bostonie złapać łobuza, który wysadził tam bombę. Społeczeństwo obywatelskie pozwoliło szybko zapanować nad sytuacją w Manchesterze. Po chwili paniki, bo ona jest naturalna, ludzie już wiedzą, co mają robić. Wszystkie służby - policja, pogotowie, straż pożarna - wiedzą, jak się zachować. I tak jest na Przystanku Woodstock.
My mówimy ze sceny: "Patrz, co się dzieje obok ciebie!" Nie straszymy ich: "Patrz, tam jest jakiś plecak, a w nim może coś tyka", tylko mówimy: "Patrz, czy ktoś nie zasłabł!", "Patrz, czy ktoś tylko usnął na trawie, czy może się źle poczuł", "Patrz, czy ktoś nie wyciąga narkotyków, bo to psuje ten festiwal!" Ja nie jestem naiwny. To nie jest tak, że wierzę, że na Woodstock przyjeżdża pół miliona wyłącznie fantastycznych osób...


...i że wszyscy są święci.

Woodstockowicze wyraźnie mówią: "Nie rób tego, bo Jurek prosi". To jest porozumienie.



No właśnie, ta odpowiedzialność spada głównie na Ciebie. Chcesz powiedzieć, że to nie spędza Ci snu z powiek?

Żyjemy normalnie. To nie jest nasza komercyjna praca.
Jeżeli stwierdzimy jako organizatorzy, że sytuacja jest podbramkowa, zła, to nie mamy żadnych przeciwwskazań, żeby powiedzieć: "Kochani, dziękujemy bardzo, odwołujemy festiwal. Nie będziemy się z tą rzeczywistością brali za bary".
Mało tego, możemy powiedzieć, i zrobiliśmy tak w ubiegłym roku, że wobec wszystkich przewidywań w związku z zamachami terrorystycznymi, o których myślimy przez 24 godziny na dobę, o wiele groźniejsza była głupota urzędników. Ta kazała nam postawić na Woodstocku płot. Nie wiadomo po co.

W tym roku też tak będzie? Minister Błaszczak już to właściwie zasugerował.

Złożyliśmy do urzędów wszystkie wymagane papiery, uwzględniliśmy wiele rzeczy z ubiegłego roku - teren, na którym będą się ludzie bawili, ma być wyraźnie odgrodzony. Nie wysokimi płotami, tylko małymi. Będzie on wyznaczał miejsce ścisłej zabawy dla kilkudziesięciu tysięcy osób. Będzie też dużo bramek przy wejściu. Ten płot może być w każdej chwili położony, jeśli zajdzie taka potrzeba. Będziemy sprawdzali, czy ktoś nie wnosi na ten teren alkoholu - żadnych puszek z piwem! Będziemy prosili ludzi, żeby nie wnosili tam plecaków. Tam zostanie skoncentrowana większa siła naszego patrolu medycznego. Więcej też ludzi będzie kontrolowało, żeby nie wjechały tam żadne, nieuprawnione pojazdy. W tym roku na wzgórze ASP również nie będą mogły wjechać samochody, ze względów bezpieczeństwa.


© Bartek Muracki/ mat. pras. WOŚP




To nie jest tak, że nic nie zmieniamy, bo cały czas się szkolimy. Nic nam nie dało powodu w ubiegłym roku, żeby nasz niepokój bardziej wzrósł, ale złożyliśmy wszystkie dokumenty dużo wcześniej po to, żeby mieć czas na dyskusję. I odpukać, jeżeli taki stan zagrożenia miałby się pojawić w stosunku do Przystanku, to zrozumiemy to, jeśli to będzie wynikiem analizy, która rozłoży się na wszystkie imprezy w Polsce. Rok temu mieliśmy poczucie, że byliśmy jedyną imprezą podwyższonego ryzyka w Polsce. Jeżeli służby pokażą nam, że zagrożenie jest ogromne, to rozumiem, że będzie to dotyczyło nie tylko naszego festiwalu, ale też innych.

Nie było w ubiegłym roku groźnych interwencji na Przystanku?

Przypominam, że Woodstock już kilka lat temu przestał być festiwalem tylko muzycznym. To festiwal edukacyjny, na którym policja co roku podkreśla, że było niezwykle spokojnie. Nasz szpital ma 4 tys. interwencji, ale nawet, jak ktoś przychodzi po proszek od bólu głowy, to musimy to zapisać. Nie mamy jednak żadnych interwencji, które przyprawiłby nas o ból głowy. Największym problemem są dopalacze. Dlatego jeszcze raz chylę czoło przed polskim parlamentem, który podjął decyzję, wtedy dyskusyjną, że dopalacz jest substancją nielegalną. Mało tego - zbrodniczą! Jak ktoś nadużyje alkoholu, to w szpitalu wiedzą, co robić. A dopalacz jest straszną rzeczą.

Robicie Woodstock od 1995 roku. Nigdy nie miałeś myśli, że może czas z tym skończyć? Że masz dość?

Tak było po pierwszym Woodstocku, kiedy musieliśmy ludzi uczyć, na czym to polega. Grupa kolesi próbowała to wszystko załamać, próbowała wierzgać, rzucać kamieniami w naszą scenę. Przez takich ludzi padł Jarocin w 94. roku. To oni ten Jarocin zabili, ponieważ szarpali się ze wszystkimi, każdy z każdym. I z taką trochę intencją przyjechali na Woodstock do Czymanowa nad Jeziorem Żarnowieckim. Pamiętam, że jak festiwal się skończył, to powiedziałem: "Kurczę, po co mi to? Mam wojować?" Również z miejscową ludnością, która z każdej dziury wyciągnęła płyny, żeby je sprzedawać, bo myśmy wtedy wprowadzili prohibicję. Ale na tym się uczyliśmy. Każdy następny rok był czasem, w którym się ten festiwal budował.

Oprócz 2000 roku w Lęborku, w którym odbył się "dziki festiwal".

Tak, wtedy darowaliśmy sobie szarpaninę z pewnym komitetem. Mogliśmy oczywiście zrobić ten Woodstock, bo komitet okazał się dwuosobowy. Ale wtedy uważaliśmy jeszcze, że skoro jest taki głos z miasta, głos, który nas nie chce, to uwierzyliśmy, że jest potężną tubą mieszkańców Lęborka. Nic bardziej mylnego. Nie była to tuba mieszkańców, czego dowodem jest ten lew, piękna figurka, którą wręczyły mi później władze Lęborka z podziękowaniem za festiwal, którego nie było. (śmiech)

Wracając do twojego wcześniejszego pytania, od dawna nie miałem takiego krytycznego momentu, żebym pomyślał, że mam dość. Bardziej boksujemy się z urzędnikami, którzy czasem wymyślają rzeczy niebywałe. W ubiegłym roku zaczęli inaczej interpretować nasz festiwal, który jest ogromnym sukcesem dla ziemi lubuskiej, który przyciąga publiczność, która zostawia konkretne pieniądze i rozsławia to miejsce. Dostaliśmy np. w Los Angeles statuetkę dla najlepszego festiwalu na świecie. Wiemy, co robimy i wiemy, jak to robić.


© . SZYMON STARNAWSKI / POLSKA PRESS

Jurek Owsiak z żoną

A żona nigdy Ci nie radziła: "Człowieku, daj sobie spokój, jesteś na to za stary"?

Nie, "Dzidzia" cały czas razem z nami robi ten festiwal. Zajmuje się sprawami związanymi z muzykami, ich wyżywieniem, księgowością. Każdy artysta, który przychodzi po zwrot kosztów podróży, musi zobaczyć się z "Dzidzią" i jej podziękować. Robimy Woodstock razem.

Jedna z Twoich córek powiedziała w wywiadzie, że Ty jesteś taką iskrą zapalną, a Twoja żona później wszystkiego przypilnuje, wszystko uładzi. To prawda?

To nie jest tak do końca, że jestem człowiekiem roztrzepanym. Może tak kiedyś było. Po tych 25 latach robienia fundacji, świetnie się tutaj dogadujemy. Ja mam umysł, który strzela iskrami, ale później nad tymi pomysłami pochylają się 42 osoby z fundacji. Bez nich bym tego wszystkiego nie zrobił, nawet bym nie spróbował. Robimy piękny festiwal. Na razie żaden z artystów nie ogłosił, że się wycofuje (śmiech). Wręcz przeciwnie.

Takie biznesy rodzinne to jest bardzo dobra rzecz, ludzie żyją tym na co dzień. Dzisiaj np., zanim wyszliśmy do fundacji, to w domu była jeszcze dyskusja o "zolach" (zakłady opiekuńczo-lecznicze - przyp. red.) i geriatrii. To trudny temat. Od pięciu lat zbieramy z Orkiestrą pieniądze na pomoc dla szpitali, które leczą ludzi w podeszłym wieku i nowa ustawa o sieci szpitali wykluczy to fachowe leczenie. Podejrzewam, że się z tego wycofamy w przyszłym roku podczas finału. Wpakowaliśmy w to 70 mln zł w sprzęcie, odnowiliśmy wszystkie oddziały geriatryczne, "zole", które były postrachem jak z XIX w. I teraz okazuje się, że wszyscy do nas w tej sprawie piszą. "Zaraz, tylko my to mamy robić?! - pytamy. - Jakiś system musi tutaj działać. My mamy być tylko tą wisienką na torcie". I dzisiaj rano w domu o tym mówiliśmy. Tym żyjemy.

Czytałam niedawno wywiad z Markiem Niedźwieckim, który kiedyś mówił, że nie wyobraża sobie życia poza radiem. Czasy się jednak zmieniły i teraz już sobie wyobraża. A Ty mógłbyś żyć bez Woodstocku? Bez Orkiestry?

To jest pytanie trochę podchwytliwe. Robię tak dużo różnych rzeczy, które sprawiają mi wielką przyjemność. Razem z "Dzidzią" jesteśmy np. kolekcjonerami sztuki młodej, bierzemy udział w różnego rodzaju aukcjach, wszystkie zarobione pieniądze - bo pracuję też jako coach i wynajmują mnie firmy, zresztą bardzo dobrze płacą - wydaję na młodą sztukę. To nas bardzo pasjonuje. Kończę też moją książkę, która ukaże się w Znaku. To jest rzecz o moich podróżach. Żeby się przygotować do takiej książki, to znowu jest kupa czasu, wyciąganie zdjęć, dopisywanie czegoś, szalenie mi się to podoba.

Poza tym jest jeszcze to nasze centrum Szadowo, gdzie szkolimy ludzi na okoliczność udzielania pierwszej pomocy, ale także prowadzimy zielone szkoły. To się super rozwinęło. Wpakowaliśmy w to mnóstwo energii, miejsce jest piękne. Ocaliliśmy, można powiedzieć, stare siedlisko z XII wieku. Kwidzyn i cała ta ziemia są dumni z tego, że coś tak fajnego tam stoi. Z pieniędzy publicznych zrobiliśmy coś dla ludzi. 10 tys. osób już skorzystało z tych szkoleń. Jak czasami myślimy: "Jak nie Orkiestra, to co?" To odpowiedź jest taka, że tam będziemy coś robili.

Masz milion pomysłów na siebie. A jest jakiś następca Jurka Owsiaka w Orkiestrze?

Wiesz co? Co roku mam 1700 następców w sztabach WOŚP-u w całej Polsce. Przecież my tam nie jedziemy, oni sami to wszystko robią. Oczywiście, że zawsze jest ten leitmotiv - ktoś. Jak wręczają nagrody Nobla, to jest to Alfred Nobel. I jakby się zapytać ludzi, to nie wszyscy kojarzą, czy on ma wąsy, czy nie, czy palił fajkę, czy nie. A firma istnieje i o firmie się mówi.


© Łukasz Widziszowski/ mat. pras. WOŚP

Godzina W na Przystanku Woodstock

Skoro jesteśmy przy Noblu, to Wielka Orkiestra też jest nominowana do pokojowej nagrody Nobla.

To Polska jest nominowana, tak to odbieramy. WOŚP to fundacja, w której biorą udział miliony ludzi, w związku z tym rozesłaliśmy do wszystkich sztabów nasz hasztag #nobeldlaorkiestry, żeby się ludzie z nim fotografowali. Mamy całą stronę, mnóstwo zdjęć od różnych osób, również publicznych, z tym hasłem. Jaki jest w tym cel? Żeby to także trafiło w tym kolorycie do zimnych Skandynawów. Tę nagrodę otrzymują często ludzie, którzy narażają życie, zdrowie, wolność... Wiesz, nam nic nie kapie na głowę, żyjemy w wolnym kraju.
Możemy się sprzeczać o różne rzeczy, ale ja nie mam poczucia, że ktoś nastaje na moją wolność. Żyję tak, jak chcę i realizuję się w stu procentach. Jeżeli czegoś nie robię, to to tylko wynika z mojego lenistwa. Nie mam na co narzekać.


Odbieramy tę nominację jako pewnego rodzaju wyzwanie, żeby o nas opowiedzieć. Na nic więcej nie mamy prawa liczyć. Ale jeżeli jest okazja, by wysłać takiego newsa do Skandynawów, to może będziemy lepsi od Putina, bo on też jest nominowany? (śmiech) Tam są również nominowane np. Białe Hełmy z Syrii, ludzie, którzy, jak walnie bomba, pierwsi są na miejscu, by ratować innych. Oni naprawdę narażają swoje życie. I to dla nich powinna być ta prawdziwa nagroda.

Wracając do Woodstocku. Gościliście tam wiele wybitnych osób. Czy któraś z nich była dla Ciebie osobiście szczególnie ważna?

Oj tak, były takie spotkania...

Przy biurku masz np. zdjęcie Lecha Wałęsy na Woodstocku.

To było niesamowite spotkanie. I powiem ci, że Lechu to jest trudny zawodnik. Przez rok ściągaliśmy go na festiwal. Mówiliśmy do ludzi na Woodstocku: "Nie odbierajcie go jako polityka, to jest już cywil". Wreszcie przyjechał. Wysiadł z samochodu w takim kapeluszu kowbojskim w kolorze khaki, jak prawdziwy Polak - skarpety i sandały. I powiedział do mnie: "Panie Owsiak, tylko, żeby to było punktualnie, bo ja mam obiad, Danusia zrobiła". Ja sobie myślę: "Jezu, gdzie Gdańsk, gdzie Kostrzyn?! O czym on mówi?" Potem było spotkanie w wypełnionym po brzegi namiocie, gdzie nie znalazł się nikt, żaden szaleniec, który by ciągnął temat Bolka i tym podobnych. Lech Wałęsa jest tym spięty, ja to czuję, że jest przygotowany na ataki. A młodzi ludzie pytali go o niezwykłe rzeczy: "Jakiej pan słuchał muzyki?" "Ludzie, ja jestem ze wsi. O co wy mnie pytacie? - odpowiadał Wałęsa. - Nie powiem wam, bo byście mnie wyśmiali". Nawiązał z tymi młodymi tak niesamowity kontakt, być może mówiąc pewnym standardem: "To wy będziecie rządzili tym krajem". Nomen omen powiedział to kilka lat temu i część z tych ludzi wzięła los tego kraju w swoje ręce. Czy to był dobry wybór, czy zły, nie chcę teraz oceniać. W każdym razie wypełniony po brzegi namiot i ludzie rozmawiający z nim - to zrobiło na Wałęsie ogromne wrażenie.


© Łukasz Widziszowski/ mat. pras. WOŚP

Z Lechem Wałęsą

Potem wyciągnęliśmy go na scenę. Poprosiliśmy, żeby otworzył ten dzień razem ze Stasiem Tymem. I jak ludzie zaczęli krzyczeć "Lechu! Lechu!", to było jak na dawnych demonstracjach. I on nam zemdlał. On nam zaczął odchodzić. Myśmy go złapali, a Stasiu Tym mówi mi na ucho: "Niech zaśpiewają: Łubu dubu, łubu dubu". Krzyknąłem: "Łubu dubu!" I wszyscy zaczęli: "Łubu dubu..." Bareja mógłby tę scenę wymyślić. Wałęsa mdlejący, ludzie śpiewają: "Łubu dubu, łubu dubu, niech nam żyje, prezes naszego klubu!" Obok Stasiu Tym, powiewające flagi. To było spotkanie niezwykłe.

Na Woodstocku gościli też prezydenci.

To była wizyta Komorowskiego i prezydenta Niemiec - Gaucka. Dostaliśmy telefon z kancelarii prezydenta, że Bronisław Komorowski chce zaprosić prezydenta Gaucka na nasz festiwal. Nawet sekundy się nie zastanawiałem. Mówię: "Kurczę, to jest fantastyczny pomysł. Niech przyjedzie prezydent jednego z najbogatszych krajów świata". To jest to, o czym wcześniej rozmawialiśmy. Czułem się bezpiecznie, wiedziałem, że ludzie go przywitają. Jakiego byśmy gościa nie wprowadzili na scenę, to są wielkie brawa, jest szacunek. Ta wizyta była przełomowa. Po pierwsze, przyjechał BOR niemiecki i polski, który zdał się na nas. Borowcy powiedzieli: "Panowie, my wiemy, na czym to polega, bo nasi ludzie tu bywali". Chociaż na każdej wieży był snajper, o czym nikt nie wiedział. Bo takie są zasady. Nabity namiot czekał na dwóch prezydentów, żeby weszli. BOR niemiecki był przerażony. Cały czas mówili - przepraszam, nie wiem, jak to jest po niemiecku - po polsku jest: "Teraz je*nie!" A my na scenę wychodzimy...

Spotkanie odbyło się w Akademii Sztuk Przepięknych.

To było normalne ASP. "Dlaczego pan strzela do zwierzyny? Dlaczego pan poluje?" - pytali woodstockowicze prezydenta. - Czy pan uważa, że euro powinno u nas funkcjonować?" To nie były banalne pytania. I kiedy młody chłopak chciał się sfotografować z prezydentem, Komorowski odpowiedział: "Nie wiem, czy dojdziesz tutaj do mnie. Takie są procedury...". Potem on ruszył, a prezydent na to: "Przepuście go! Ale weź też ze sobą tę dziewczynę, która stoi obok ciebie".

To była piękna dziewczyna, w kolejarskiej czapce, bardzo seksownie wyglądająca. Usiadła między prezydentem Komorowskim, Gauckiem i tym chłopakiem. I co robi prezydent Gauck, pełen uśmiechu? Obejmuje ją, robią sobie fotę. Gdzie coś takiego masz?! Potem na krechę przeszliśmy przez ten tłum ludzi. Weszliśmy na scenę i zrobiliśmy rzecz, której nie zgłosiliśmy nigdzie, bo do tej pory czekalibyśmy jeszcze na jakieś papiery. Nasza ogromna sektorówka z Ukrainy zaczęła być rozpościerana przez ludzi pod sceną. Pan prezydent Komorowski miał mokre oczy.

Zrobiliście to po swojemu.

Oczywiście można było zrobić defiladę, złożyć kwiaty, ale zrobiliśmy to po swojemu. I na to wszystko jeszcze lecą "Iskry", a prezydent Gauck przemawia. Nie wiedziałem, jak mu przerwać, ale sam to zauważył i tylko krzyknął: "Ooo!" Podobno Gauck do tej pory, jak gdzieś spotyka prezydenta Komorowskiego, to mówi: "Słuchaj, co to było za przeżycie! Przecież tam przyszło milion osób!"

Było też niesamowite spotkanie z ks. Kaczkowskim, który stwierdził, że z Owsiakiem, to nawet do piekła mógłby pójść.

Mówię do niego: "Janek, a ty już nie musisz do domu?" A on: "Pewnie, że muszę", ale siedział z nami na zapleczu, jedliśmy, gadaliśmy. Przepiękna postać. Była też Maria Czubaszek. Jak ją zobaczyłem, powiedziałem: "Zdrowaś Mario, dojechałaś jednak!" Pomyliła pociągi i godziny. Jak w skeczu. Przyjechała z papierosem i spytała: "Czy będę mogła zapalić?" "Słuchaj, no błagam cię, nie, bo tam nie palimy". "Z bólem serca, nie zapalę" - odpowiedziała. Tadeusz Mazowiecki, który u nas był i ktoś mu zadał pytanie: "Panie premierze, czy pan to powiedział?" A on na to, bardzo powoli: "Taaak, powiedziaaałem".
To był cały Tadeusz Mazowiecki. Jak go odwoziłem, to zapytał w swoim stylu: "Panie Jurku, czy ci wszyscy ludzie w tych namiotach są zadowoleni?" "Panie premierze, są zadowoleni!" - odpowiedziałem. "To dobrze" - stwierdził. I poprosił, żeby zatrzymać samochód, bo chciał zobaczyć błotne kąpiele.



© Arek Dygas/ mat. pras. WOŚP

Z Rafałem Sonikiem na Przystanku Woodstock

Podczas tych spotkań w ASP to jest półtorej godziny mądrej rozmowy. Np. Rafał Sonik, który jest biznesmenem i osiąga wyniki sportowe, mówi: "Kochani, bez pracy nie ma nic. Ja ciężko na to wszystko pracuję". Tam są też momenty, kiedy mówimy "Stop narkotykom! Jak cię zatrzymamy, to masz przechlapane!" Ludzie mnie błagają: "Jurek, sorry, ja miałem tylko troszeczkę". "Stary, nie ma u nas w prawie, że można mieć troszeczkę, nie można mieć nic!" - odpowiadam.

Ale najważniejsze, że na Woodstocku ciągle trafiasz na przyjaźń. Idziemy na dworzec, ludzie czekają na pociąg, część może i jest wkurzona, ale śpiewają nam "Sto lat!". To jest to społeczeństwo obywatelskie. Myślisz, że oni są z jednego pnia, z jednej bandy? Nie. Są katolicy, niekatolicy, są szaleńcy, wyznawcy voodoo, Radia Maryja...


Co roku na Woodstocku jest też Przystanek Jezus, ale zawsze trochę z boku, jakby w kontrze.

Nie są z nami. Szkoda.

Dlaczego nie są z wami?

Przystanek Jezus jest organizacją, która nie działa tak jak my. My jesteśmy otwarci naprawdę na wszystkich.

Prezydent Andrzej Duda przyjedzie na Woodstock?

Trzeba do niego zapukać. Prezydent Komorowski napisał list do woodstockowiczów. Jak pan prezydent Duda i jego małżonka przysyłają nam gadżet, żeby wystawić go na Allegro podczas finału WOŚP, to wystawiamy. Nie mamy focha. Gdyby ojciec Tadeusz Rydzyk chciał coś przekazać na Orkiestrę, to też nie widzę problemu.

Zapraszałeś go nawet na Woodstock ze sceny.

Zapraszałem. Wszyscy ci, którzy wymyślają teorie spiskowe wobec Woodstocku, niech się nam przyjrzą. My nie rozpamiętujemy historii z przeszłości, cały czas idziemy do przodu. Szlaban na festiwalu jest tylko dla tych, którzy wyznają ideologie faszystowskie. Przystanek Jezus przyjeżdża do nas od paru lat, nie odmawiamy, wiemy, że jest. Kiedyś była spina, bo przyjechali jak spadochroniarze, pojawili się nagle. Ale kiedy powiedzieliśmy sobie, jakie są zasady, przestaliśmy o tym myśleć.

Robicie festiwal od 22 lat. Jak zmieniła się publika?

Bardzo się zmieniła. To są dziś ludzie, którzy jeżdżą po świecie. Jak robiliśmy pierwszy festiwal w Czymanowie, to może było 500 samochodów, a teraz 100 tys. przyjeżdża. To są ludzie, którzy się inaczej ubierają, inaczej wyglądają, wychodzi do nich artysta i nawijają z nim po angielsku. Śpiewają z nim. To jest publika, która jest świadoma, która dyskutuje ze sobą, która potrafi wykreować modę, styl. To jedyny festiwal, gdzie powstał festiwal robiony przez publiczność. Nazywa się to Wiewiórstock i jest to dzika scena. Ludzie grają w lesie, razem z muzykami z dużej sceny, którzy też do nich przychodzą. I są zafascynowani.

Wiem, byłam, widziałam.

Zrobili swoją scenę. Gdzie ludzie będą tak kreatywni, jak nie tam? Gdzie przebiorą się za arbuza i pójdą do innych z uśmiechem? Nie ma agresji.

Skoro jesteśmy przy agresji, to zapytam o hejt. Przez te wszystkie lata wylały się na Ciebie i Orkiestrę tony hejtu, dla niektórych jesteś wrogiem numer jeden. Można się na to uodpornić?

Od razu sprostuję. Tony mamy już za sobą. To jest taki hejt, że nawet próbujemy go podkręcić w dobrą stronę. Wczoraj przyjechały do nas dzieci z Łukowa, które mają swój sztab. To było niedługo po ataku terrorystycznym w Manchesterze. I wrzuciliśmy zdjęcie tych dzieciaków na naszego Facebooka, pisząc, że takie jest życie, raz płaczemy, raz się śmiejemy, ale wierzymy, że zwyciężą: "Miłość i pokój!"- krzyknęły te dzieci. Może to naiwne, ale musimy myśleć pozytywnie. I jakiś koleś napisał do mnie: "Ty buraku". "Jakim prawem tak do mnie mówisz?" - spytałem. - Czy ja ci coś zrobiłem?" Oczywiście zrobiłem to też po to, żeby ludzie zaczęli pisać o tym. I tak się stało. Najlepszych adwokatów mamy wśród naszych odbiorców. To oni nas bronią. Uczyliśmy się tego hejtu, jak z nim walczyć, przeszliśmy przez lata goryczy i doszliśmy do wniosku, że w niektórych przypadkach bierzemy po prostu kancelarię prawną...

Tak było w przypadku blogera Matka Kurka, z którym się sądziłeś.

Nawet nie chcę wspominać. I nagle bloger przekazał na rzecz Orkiestry już prawie 50 tys. zł. Już go nawet prosimy: "Wyluzuj, stary! Musisz tylko płacić. Po co?" Nawet w sądzie mówimy: "Przybijmy sobie piątkę". Jak o tym mówisz, to dopiero sobie o tym przypominam, że coś takiego kiedyś było...

Czyli masz dystans?

Nauczyliśmy się tego dystansu i uczymy tego naszych ludzi. Ale na końcu trzeba też cenić wroga. Żeby nie przysiąść na laurach, żeby nie mówić: "O, jaki jestem piękny i cudowny, najmądrzejszy na świecie". To "wróg" stworzył wokół nas ogromną grupę ludzi nam przyjaznych.
Te wypisywane w sieci bzdury spowodowały, że dostaliśmy tak piękne maile, które skłoniły nas do tego, by wydać książkę "Opowiedz nam swoją historię", co wam dała Orkiestra. Tych ludzi pobudzili nasi „wrogowie”. I nagle bach, i 15 milionów więcej. Rozmawialiśmy na początku o Maryli Rodowicz. Ktoś powiedział, że ta i ta piosenkarka nie wystąpi z nią w Opolu i nagle środowisko się zjednoczyło. Żaden z artystów, którzy zrezygnowali z występu na tym festiwalu, nie pisał o polityce. Nie! Wszyscy powiedzieli: "Jestem przeciwko cenzurze". Nie można tak traktować artystów.

Kończąc już, jakie projekty chcesz w tym roku szczególnie polecić na Woodstocku?

Niezwykłym projektem, do którego się mocno przygotowujemy, jest projekt zespołu The Dead Daisies. To są ludzie z różnych składów - Whitesnake, Motley Crue, Thin Lizzy. Amerykanie i Australijczycy, którzy przyjechali na Woodstock w zeszłym roku. Starzy wyjadacze. Grają muzykę rockową, dobrze się czują na scenie. Przylecieli do nas własnym samolotem. Po ich koncercie poszliśmy do nich, żeby im podziękować. "Boże, jesteśmy pierwszy raz na tak pięknym festiwalu! - powiedzieli. Byli zdziwieni, że wstęp jest wolny, że organizuje to fundacja. "Jaka fundacja?" - pytali. Wtedy zawołałem pana prof. Bohdana Maruszewskiego, czyli "Danka", kardiochirurga, który jest zawsze z nami: "Chodź, to im opowiesz, o co w tym wszystkim biega". I on im opowiedział. I wtedy jeden z nich stwierdził: "Wow, to my wam przelejemy 10 tys. dolarów".

Dotrzymał słowa?

Jednym uchem wpuściłem to, drugim wypuściłem. Ale uwierz mi, trzy dni później te pieniądze były na naszym koncie. Wielkie ukłony. I wtedy napisali do nas, że przeżyli na Woodstocku tak niesamowitą rzecz, że chcieliby jeszcze raz zagrać, a my od razu wymyśliliśmy nowy projekt - "Pieśni wolności", czyli covery Bruce'a Springsteena, Johna Lennona, klasykę. Odpowiedzieli: "Rewelacja! A może dalibyście nam też jakichś artystów od was?" To będzie niespodzianka. Na scenie dołączą do nich mężczyzna i kobieta, ukochani przez woodstockowiczów. Spiknęliśmy ich z orkiestrą z Gorzowa Wielkopolskiego, która ma w składzie muzyków z całego świata. To będzie wielki koncert, wydamy to na płycie, która ukaże się też w Stanach Zjednoczonych i Australii. Brzmi to dumnie. Myślę, że bardzo dużo numerów będzie odśpiewanych na Woodstocku razem z publicznością.


© mat. prasowe

Grupa Nothing But Thieves zagra na Dużej Scenie

W tym roku powtarzamy też The Qemists, bo bardzo się podobało. The Kylle Gass Band, jeśli pamiętacie taki znany teledysk - dwóch kolesi idzie się fotografować z diabłem..., grają śmiesznego bluesa i wierzę w to, że to będzie fajny projekt. Wilki - zagrają na Woodsocku utwory ze swoich pierwszych płyt i to będzie przepiękny koncert, odśpiewany chóralnie przez publikę. Polecam też The Exploited, to są starzy wyjadacze, więc zgubicie przy tym nogi. Poza tym: House of Pain, Slaves z Wielkiej Brytanii, no i przede wszystkim Nothing But Thieves, na których byłem w Warszawie i zagrali znakomity koncert. To jest zespół, który czeka wielka kariera. Niesamowita muza.

Będą też goście z Czech i Słowacji.

Tak, bo już drugi raz organizowaliśmy też Eliminacje do Przystanku w Pradze, w klubie Lucerna. To jest ten dobry kierunek. Może kiedyś zrobimy takie przesłuchania w Londynie. Z gości ASP są już zaproszeni na Woodstock: generał Różański, Maciej Orłoś, Robert Biedroń... Zapraszam też na nasz piękny projekt "Nobel dla Orkiestry", bo będziemy chcieli, żeby ludzie się z tym hasłem sfotografowali, to jest taka pamiątka z Woodstocku.
Chcemy pokazać wszystkim, którzy do nas przyjadą, że to jest "made in Poland". To jest coś, co robimy my wszyscy dla innych.
To jest moment, kiedy dziękujemy za Finał WOŚP, chociaż to oczywiście nie są tylko ludzie, którzy nas wtedy wspierali. Woodstock to pokazanie tego wszystkiego, co my - Polacy potrafimy razem zrobić. W tych niespokojnych czasach samo to, że będziemy razem, to już jest wielka rzecz.

To co? Do zobaczenia 3 sierpnia w Kostrzynie. "Zaraz będzie ciemno..."

Zamknij się! - jak się mówi na Woodstocku. (śmiech) Do zobaczenia. Wpadajcie, zapraszam wszystkich na Woodstock!

Rozmawiała Mariola Szczyrba, dziennikarka portali naszemiasto.pl

Zdjęcie główne: Bartek Muracki/ mat. pras. WOŚP
Wideo: Przemysław Ziemichód

Autor: m.stuch@...

2017-06-16, Aktualizacja: 2017-06-16 09:03

Ibáñez: Świat jest zagubiony jak w serialu "Lost"

Wielowątkowa powieść „Lśnij, morze Edenu" Andresa Ibáñeza została okrzyknięta miksem „Władcy much" Goldinga, „Burzy Szekspira" i słynnego serialu „Lost" . Autor, nazywany najlepszym pisarzem swojego pokolenia w Hiszpanii, opowiada nam, jak poradzić sobie ze światem pogrążonym w kryzysie i namawia do medytacji.

Andrés Ibáñez urodził się w Madrycie w 1961 roku. Jest poetą, pisarzem i pianistą jazzowym. W wieku pięciu lat napisał własną wersję "Don Kichota". W 1989 roku wyjechał do Nowego Jorku, gdzie spędził siedem lat, tworząc po angielsku sztuki teatralne. To najlepszy pisarz swojego pokolenia w Hiszpanii. Autor kilku doskonale przyjętych powieści oraz zbioru opowiadań. Współpracuje z „ABC Cultural”, gdzie prowadzi własną rubrykę. Książka "Lśnij, morze Edenu" to jego pierwsza przetłumaczona na język polski powieść. Opowiada o lecącym z Los Angeles do Singapuru samolocie pasażerskim, który rozbija się pośrodku Pacyfiku, a dziewięćdziesięcioro pozostałych przy życiu rozbitków trafia na z pozoru bezludną, rajską wyspę. W maju autor odwiedził Warszawę i Kraków.

Pana książkę „Lśnij, morze Edenu” porównuje się do „Burzy” Szekspira, „Władcy much” Goldinga i serialu „Lost”. Trafnie?

Bardzo podoba mi się to porównanie do Szekspira. Ale niestety, jest prawdą, że to serial „Lost” spowodował, że postanowiłem napisać tę książkę. To miała być moja osobista wersja „Lost”.
Powstanie książki jest zawsze czymś bardzo tajemniczym, to coś, co jakby leży w przeszłości autora.
Potem następuje pewien impuls, coś się wydarza i pisarz widzi książkę. W moim przypadku to był serial, a konkretnie finał trzeciego sezonu. Jest tam taka scena, w której widać siedzącego Johna Locke i cały pejzaż wyspy. I wtedy ja odczułem, że na tej wyspie znajduje się łąka. To łąka, która występuje w książce, coś w rodzaju magicznego ogrodu, który pojawił się także w mojej pierwszej powieści. Gdy zobaczyłem tę scenę w filmie, poczułem, że ktoś wszedł na tę łąkę i że muszę o tym opowiedzieć. To oczywiście niejedyna inspiracja z serialu „Lost”, czyli „Zagubieni”. Jest też wiele innych rzeczy, które mi się spodobały.

Co jeszcze zainspirowało pana do napisania tej powieści?

W serialu spodobało mi się, że rozbitkowie są tak totalnie zagubieni, podobnie jak my w naszych czasach. Niczego nie rozumiemy, nie wiemy, o co chodzi w świecie. I to pokazałem w książce. Interesujące wydało mi się także pokazanie tego, że mieszkańcy wyspy nie pomagają rozbitkom, ale wręcz narażają ich na nieprzyjemności, ścigają, pakują do więzienia, torturują. Pytanie, dlaczego tacy są, skoro ci ludzie to nieszczęśnicy, którzy nie mają domu, nie mają niczego?
I wtedy zdałem sobie sprawę, że to pytanie jest takim prawdziwym pytaniem, dlaczego nie pomagamy ludziom, którzy nas otaczają? Dlaczego nie pomagamy tym, którzy tej pomocy potrzebują?


Przyznam, że mnie pańska książka skojarzyła się jeszcze z innym utworem literackim, mianowicie z „Odyseją”. Główny bohater odbywa podróż, jest rozbitkiem, nabywa wiele nowych doświadczeń, spotykając mieszkańców wyspy oraz ma przeróżne doświadczenia z kobietami. Ostatecznie wraca do swojej kobiety, jak Odys do Penelopy.

To bardzo interesujące. Jestem zachwycony taką interpretacją mojej książki. Muszę o tym pomyśleć. Ale już teraz powiem, że bardzo mi się to podoba. Tym bardziej, że istnieje teoria, że tak naprawdę są tylko cztery historie i w literaturze zawsze opowiadamy jedną z nich. Jedną z tych uniwersalnych historii jest „Odyseja”, a kolejne trzy to „Iliada”, czyli walka o miasto, życie Chrystusa, czyli opowieść o człowieku, który się poświęca oraz „Tristan i Izolda”. Zresztą opera „Tristan i Izolda”, oparta na micie o miłości, to moje ulubione dzieło muzyczne. A film, który bardzo cenię, to „Stalker” Tarkowskiego. Mam wrażenie, że w swoich powieściach zawsze piszę o tej historii, którą już opowiedział Tarkowski.



© arch. Kino Atlantic/ Patryk Sokołowski



Ma pan pewne cechy wspólne z bohaterem „Lśnij, morze Edenu”?

Juan ma coś wspólnego ze mną, ale nie jest to moje alter ego, bo mimo wszystko jest między nami bardzo wiele różnic.
Mój książkowy bohater jest rodzajem kota… Jak kot lubi dobre życie, wygodę, rozrywki, jest hedonistą i wielkim uwodzicielem. Uwielbia kobiety i nie jest w tym do mnie podobny.


Zepsuł mi pan pytanie! Tak realistycznie opisuje pan erotyczne przygody Juana, że chciałam zapytać, czy są one zapisem pańskich doświadczeń

Absolutnie nie (śmiech). Skąd ten pomysł? Nie jestem i nie będę uwodzicielem, w przeciwieństwie do Juana. On zresztą miał pełną listę kobiet, z którymi spał podczas swojego pierwszego roku studiów.

Odniosłam wrażenie, że ta lista ma w powieści znaczenie wręcz magiczne.

To prawda. W „Lśnij, morze Edenu” jest wiele list. Ja bardzo lubię listy. Myślę, że lista to jest gatunek typowy dla naszej epoki, gatunek typowo postmodernistyczny. We wcześniejszych utworach literackich nie było tylu list, były wyliczenia, a myślę, że jest pomiędzy nimi spora różnica. Listy to jest coś nieodpartego. Jak człowiek zaczyna je robić, to nie może przestać. Wśród powieściowych list jest właśnie ta zawierająca wszystkie kobiety, z którymi Juan przespał się podczas pierwszego roku studiów. To jest bardzo zabawne, a przy okazji wiele mówi o bohaterze.

Wróćmy do podobieństw między panem a Juanem. W czym jesteście podobni?

Ale czego pani szuka? Co chciałaby pani, żebym powiedział? (śmiech) Chodzi o te kobiety? No dobrze, podobieństwa są m.in. takie, że obaj urodziliśmy się w Madrycie, Juan studiował muzykę, jest kompozytorem. Ja studiowałem kompozycję, ale nigdy nie zostałem kompozytorem, chociaż bardzo chciałem nim zostać. Jesteśmy w podobnym wieku, mniej więcej, Juan jest trochę młodszy. Ale na tym koniec podobieństw.

Pańską książkę porównywano do wielu utworów. O czym tak naprawdę jest „Lśnij, morze Edenu”? Czy to literacka fantazja, powieść przygodowa, pewnego rodzaju moralitet?

To trudne pytanie.
Tak generalnie chodziło mi o to, aby pokazać czytelnikom inny sposób życia, inny sposób zrozumienia.
Pokazać, jak można wyjść z gry, w której tkwimy, uwolnić się od tych reguł, które akceptujemy, chociaż nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. I również, aby wydobyć się z wierzeń, przekonań, które nas zamykają. Jest wiele historii w tej książce, które mają czytelnikowi to pokazać. Jedną z centralnych, najważniejszych opowieści jest historia Wade'a, w której opowiada, jak zaczął zajmować się budowaniem świątyń. Wade to wędrowiec, który zmienia często pracę. Nie ma żadnych więzi, nie ma rodziny, kobiety, dzieci. Ale w pewnym momencie zaczyna się poświęcać konstruowaniu świątyń, których wzory zaczerpnął z inspiracji hinduskich. Nikt nie wie, dlaczego Wade buduje świątynie. Również on sam. I musi upłynąć wiele czasu, zanim zda sobie sprawę, że każdy, kto buduje świątynię, kończy zamknięty w tej świątyni.

Książka kończy się w ten sposób, że bohater odnajduje sens życia przy swojej dawnej kobiecie, zajmując się medytacją, wierzeniami hinduistycznymi. Czy to jest proponowana przez pana droga na wydostanie się z klatki wierzeń i przekonań, które nas ograniczają?

To nie tak.
Byłoby to bardzo próżne z mojej strony uważać, że znam rozwiązanie, idealne wyjście dla ludzi.
Byłoby to też dziwne, że pisząc powieść o uwalnianiu się z wierzeń, na końcu proponuję własne rozwiązanie, religię, która wydaje mi się wyjściem. Tak nie jest. Chciałem tylko przekazać czytelnikom, że powinniśmy zacząć medytować, więcej myśleć o naszym życiu. W moim życiu medytacja jest jednym z największych odkryć – poza odkryciem literatury i muzyki.

Czyli medytacja to nie tylko proponowane przez pana doświadczenie, ale także coś, co również łączy pana z głównym bohaterem.

W pewien sposób tak, łączy nas to, ale każdy z nas doszedł do tej medytacji w inny sposób. Juan nie interesuje się niczym. Dopiero okoliczności pod koniec powieści sprawiają, że ma kontakt z tym aspektem, którego wcześniej w ogóle nie zauważał. Ja praktykuję medytację i jogę już od 25 lat. Razem z żoną mamy małe centrum jogi nidra, gdzie m.in. robimy warsztaty. Mój mistrz jogi nidra, który zresztą jest także postacią w mojej książce, mówi mi, że to jest bardzo dobre dla mnie ćwiczenie. Bo nidra to ten rodzaj jogi, który używa wizualizacji. To znakomita rzecz dla pisarza. Bo niestety pisarze za bardzo skupiają się na mózgu, nie są zbyt uczuciowi, nie odbierają świata uczuciami, ale próbują go zrozumieć.

W „Lśnij, morze Edenu” szczególną rolę odgrywa wyspa, na którą dostają się rozbitkowie. Czym ona jest?

Kiedy ktoś o to pyta, to z reguły ma już gotową odpowiedź. Ale dla mnie wyspa jest bohaterem, postacią, żywą istotą, istnieniem. Porównałbym ją do oceanu w filmie „Solaris” Tarkowskiego. Problem w tym, że ocean rozumie ludzi, natomiast ludzie nie rozumieją oceanu. Podobnie jest w mojej książce. Wyspa jest istotą z własną inteligencją, która chce bohaterom coś przekazać. Problem w tym, czy bohaterowie rozumieją, co chce im powiedzieć. Na końcu powieści czytelnik może odnieść wrażenie, że pomimo okropności, jakie się wydarzyły bohaterom, wyspa każdemu z nich dała coś szczególnego, każdego obdarowała. Zmieniła ich dalsze życie.

Podobno już jako kilkuletnie dziecko napisał pan książkę.

To prawda. Tam, gdzieś, w Hiszpanii ta książka nadal jest. Myślę, ze w domu mojej mamy, razem z innymi papierami z mojego dzieciństwa. Byłem w przedszkolu, miałem 5 lat i opowiadali nam historię Don Kichota. I tak mi się spodobała, że postanowiłem napisać jej własną wersję.

A ile czasu zajęło panu napisanie „Lśnij, morze Edenu”?

Całe 3 lata. Niedługo, bo swoją pierwszą dorosłą powieść pisałem 11 lat, a kolejną 8 lat.

Nad czym pracuje pan teraz?

Ostatnio napisałem powieść fantastyczną, której akcja rozgrywa się w średniowieczu „La duquesa ciervo”, a w środku, w czasie tworzenia tego fantasy, napisałem jeszcze powieść poetycką, która się rymuje „El rostro verdadero”. Napisałem także serię felietonów o lustrach. W najbliższym czasie chcę rozpocząć drugą część opowieści fantasy.

Rozmawiała Małgorzata Stuch
Zdjęcie główne: Alicja Brus